Aconcagua zdobyta!
15go lutego o 1630 stanęliśmy na szczycie Ameryki Południowej. Nie było łatwo ale finalnie udało się. Atak szczytowy rozpoczęliśmy z camp Colera o 5 rano, w ciemnościach podążaliśmy gęsiego ku szczytowi. Wschód słońca powitaliśmy radośnie bo nasze ciała potrzebowały ciepła. Wcześniejsze opady śniegu spowodowały, że ścieżki były oblodzone i śliskie, na szczęście czekan nie był potrzebny. W Independencji zmagaliśmy się z silnymi podmuchami wiatru a Independencja okazała się zabójcza dla mojej kondycji – szczyt osiągnęłam zużywając ponad 50% własnych sił. Niestety kilka kroków po osiągnięciu plateau dostałam zawrotów głowy i szybko zostałam sprowadzona niżej nawet nie zobaczyłam krzyża znaczącego szczyt. Z tego też powodu zdjęcia na szczycie ma tylko Marcin. Szczęśliwie wróciliśmy do Colery i zapadliśmy w sen. Potem była Plaza de Mulas, Penitentas i świętowanie do białego rana. Jak powiedział nasz kolega: teraz mamy coraz więcej czasu z dnia na dzień.












